Home  |  Królik  |  Papuga  |  Kanarek  |  Owczarek  |  Redakcja  |  Klub  |  Kontakt       królik - lapin Królik - kaninchen Królik - Rabbit

  • Home
  • Królik
  • Papuga
  • Kanarek
  • Gryzonie
  • Owczarek
  • Działka
  • Co nowego
  • Galeria  I
  • Galeria  II
  • Galeria  III
  • Mapa strony
  • Forum Trunia
  • Serwis Trunia
  • Zrób stronę
  • Przyjaciele
  • Literatura
  • Webcam
  • Zapytania
  • Redakcja
  • Lekarze
  • Ustawy
  • Banery
  • Humor
  • Ebook
  • Quiz
  • Linki
  • E-mail
  • Literatura - psy
  • Galeria Misia
  • Choroby
  • Filmik nr. 1
  • Filmik nr. 2
  • Pogotowie
  • Homeopatia
  • Zabawa z psem

  • Toplista stron futrzaków

    królik króliki




       

    Zawiłości psiej fizjologi
    Fragment książki autor - Nicolas Dodman, "Pies, który kochał zbyt mocno"

    Muszę przyznać, że na początku swojej kariery niezbyt chętnie zajmowałem się problemem niewłaściwego załatwiania potrzeb fizjologicznych (eufemistycznie mówiąc). Przez jakiś czas nawet udawało mi się go unikać, uważałem to bowiem za mało interesujący, raczej nudny problem natury wychowawczej, z którym bez trudu poradzi sobie nawet początkujący szkoleniowiec. Jakże się myliłem!

    Po pierwsze, niewłaściwe załatwianie potrzeb fizjologicznych stanowi poważne wyzwanie dla diagnosty i terapeuty. Po drugie, klęska w wyeliminowaniu tego, często uporczywego, zachowania może mieć dla zwierzęcia fatalne następstwa. Psy, jak zwierzęta wielu innych gatunków, są z natury czyste. Mają wrodzoną skłonność do unikania załatwiania potrzeb fizjologicznych w miejscach, gdzie odpoczywają i jedzą. To wyrafinowanie podyktowane jest czysto praktyczną korzyścią: czyste psy są mniej narażone na infekcje pasożytnicze. Skąd w takim razie bierze się tyle problemów z załatwianiem się w domu? Dlaczego urasta to do rozmiarów najbardziej powszechnego problemu z zachowaniem psów? Dotyczy on dziesięciu do dwudziestu procent przypadków, z jakimi przychodzi się nam zmierzyć. I dlaczego ludzie mają tak wielkie problemy z nauczeniem psa załatwiania się poza domem? Dlaczego wielu z nich się to nie udaje, co bywa przyczyną uśpienia zwierzęcia? Przykro mi to mówić, ale setki, tysiące nawet psów każdego roku traci życie z powodu nieodpowiedniego załatwiania potrzeb fizjologicznych; wiele z nich w najlepszym razie trafia do schronisk. A przecież mają właścicieli, którzy je kochają, ale nie są w stanie dłużej znieść pod swoim dachem zwierzęcia, które załatwia się tam, gdzie stoi.

    Pierwszą i bodaj najbardziej oczywistą przyczyną załatwiania się w domu jest to, że wiele psów zbyt długo przebywa w zamknięciu, bez możliwości załatwienia się na zewnątrz. Dotyczy to zwłaszcza szczeniąt, które załatwiają się znacznie częściej niż psy dorosłe. Złotą zasadą jest, że szczenię wytrzymuje bez siusiania tyle godzin, ile ma miesięcy plus jedną. Młody pies jest już w stanie wytrzymać osiem do dziesięciu godzin, ale zależy to od ilości wody, którą wypija.

    Żeby zrozumieć, jak złożony jest problem załatwiania się, trzeba pamiętać i o tym, że dla psów oddawanie kału i moczu jest czymś więcej niż tylko czynnością fizjologiczną. Choć nam wydaje się to niesłychanie dziwne, kał i uryna służą za wzrokowe i węchowe sygnały w procesie porozumiewania się. Płochliwe psy oddając kał i mocz starają się podkreślić swoje podporządkowanie, podczas gdy dominujące i tu podkreślają swoją wyższość. „Ja tu byłem” – to wiadomość zakodowana w zapachu odchodów, które są swego rodzaju biologiczną wizytówką każdego psa. Dorosłe niewysterylizowane samce, rozpierane burzą hormonów, są najbardziej wytrwałe w znakowaniu terenu.

    Inne powody nieopanowanego oddawania moczu dotyczą stanów chorobowych, jak zapalenie pęcherza czy nerek, lub stanów emocjonalnych, jak ogromny strach lub wielkie podniecenie. Jak widać, już znalezienie przyczyny niewłaściwego załatwiania potrzeb fizjologicznych może okazać się zagadką.

    Pewnego wiosennego dnia w moim gabinecie zjawiła się urocza klientka, Charlotte Arnold, w towarzystwie swojej nowej szorstkowłosej foksterierki o imieniu Bushka. Poznałem Charlotte wcześniej, kiedy jej poprzedni pies – welsh corgi – przysparzał jej kłopotów z racji swego dominującego charakteru. Charlotte, emerytowana nauczycielka, wzięła Bushkę ze schroniska jakieś osiem miesięcy wcześniej, aby wypełnić pustkę, jaką zostawił po sobie jej poprzedni pupil. Szybko zrozumiała, dlaczego poprzedni właściciele rozstali się z nią. Pod względem zachowywania czystości w domu Bushka była beznadziejna – zostawiała wielkie kałuże wszędzie, gdzie się dało, po osiem razy dziennie. Jakby tego było mało, potrafiła zrobić kupę na środku kuchni. Charlotte usłyszała od kogoś, że przyczyna ekscesywnego oddawania moczu Bushki tkwi w zbyt małym pęcherzu. Prawda to czy nie, problemu to nie rozwiązywało, a przypadłość Bushki przyprawiała Charlotte o chorobę nerwową. Zanim Bushka zjawiła się u mnie zrobiono jej już operację z powodu tego zbyt małego pęcherza, i według Charlotte to jedynie pogorszyło sprawę. Kiedy brudzenie w domu obejmuje zarówno oddawanie moczu, jak i kału przyczyn należy upatrywać raczej w problemach wychowawczych niż medycznych. Na to przynajmniej wskazuje moje doświadczenie. Na początek przejrzałem jednak starannie ostatnie wyniki badań suczki, szczególną uwagę zwracając na badania krwi i moczu. Zgodnie z przewidywaniami niczego niepokojącego w nich nie znalazłem. Zdecydowałem prowadzić terapię tak, jakby u Bushki nastąpiło załamanie normalnych wzorów zachowania, związanych z zachowaniem czystości w domu.

    Poradziłem Charlotte, aby kilka razy w ciągu dnia prowadziła suczkę na smyczy w wybrane miejsce na zewnątrz, dając jej dostatecznie dużo czasu – powiedzmy piętnaście minut – na załatwienie potrzeb fizjologicznych. Aby miejsce było bardziej atrakcyjne, miała położyć tam kawałek gazety nasączonej moczem. Sygnały zapachowe miały wpłynąć na właściwe skojarzenia w głowie Bushki. Charlotte miała wyprowadzać suczkę bardzo wcześnie rano, w ciągu dnia mniej więcej co trzy godziny i możliwie najpóźniej wieczorem. Dodatkowo miała wyprowadzać ją w jakieś dwadzieścia minut po każdym posiłku i zaraz po przebudzeniu z drzemki czy po skończonej zabawie. Miała prowadzić suczkę prosto na wybrane miejsce, a potem prosto do domu, tak aby nic innego nie rozpraszało jej uwagi. Do całej sekwencji zdarzeń miała dołączyć bodziec dźwiękowy – komendę słowną, na przykład spopularyzowane przez Barbarę Woodhouse: „Pospiesz się”. Za każdym razem, kiedy Bushka załatwiła się, miała być natychmiast entuzjastycznie chwalona i otrzymywać wyjątkowo smakowitą nagrodę, na przykład kawałek suszonej wątróbki, co miało pozytywnie utrwalić pożądany wzór zachowania. Bardzo mocno podkreśliłem, że czekanie z nagrodą nawet kilkanaście sekund może mimowolnie utrwalić zachowanie inne niż pożądane – na przykład gapienie się na okoliczne drzewo czy przelatującego ptaka – tak więc największą rolę miało odegrać zgranie w czasie tego, co zrobiła suczka, z nagrodą. Po szczęśliwym załatwieniu sprawy Bushka miała być natychmiast prowadzona do domu. Jeśli się nie uda, a po powrocie do domu suczka zacznie się zachowywać tak, jakby szukała miejsca, aby się załatwić (bieganie w kółko z nosem przy ziemi, wyraźny niepokój) należy natychmiast zaprowadzić ją z powrotem na wybrane miejsce na zewnątrz. Jeśli Bushka w dalszym ciągu nie załatwi się na dworze, należy ją zaprowadzić do domu i zamknąć w klatce lub małej zagródce na jakiś kwadrans, a potem wyprowadzić ponownie. Bushka, jak się okazało, była już do klatki przyzwyczajona, uznałem więc, że to niestresujące dla niej miejsce odosobnienia będzie nader użyteczne w dalszej terapii.

    Większość psów nie załatwi się w klatce, o ile jest ona dostatecznie mała; w zbyt dużej klatce wystarczy miejsca na to, aby załatwić się w jednym kącie a położyć w drugim. W małej klatce pies będzie się starał wytrzymać najdłużej, jak się tylko uda. Klatka nie sprawdza się jednak, jeśli pies zamykany jest na zbyt długo, wtedy załatwi się nawet w bardzo małej klateczce, nie widząc innego wyjścia. Konieczność załatwienia potrzeb fizjologicznych przełamuje wtedy wszelkie zakodowane wzory zachowań, łącznie z zakazem załatwiania się w miejscu spoczynku. Dobra klatka powinna być na tyle długa, aby pies mógł się położyć, na tyle szeroka, aby mógł się obrócić i na tyle wysoka, aby mógł swobodnie stanąć, innymi słowy taka, aby nie musiał się kulić. Niektóre psy zamknięte w klatce wpadają w histerię, zwłaszcza jeśli wcześniej nie zostały nauczone postrzegania klatki jako odpowiednika własnej bezpiecznej nory. Takie psy można przyzwyczaić do klatki przez kilka tygodni karmiąc je w pobliżu klatki, a na koniec wewnątrz. Chwalenie psa i nagradzanie smakołykami, kiedy wejdzie do otwartej klatki, też przynosi dobre rezultaty. Używanie klatki jako miejsca karnego odosobnienia całkowicie rujnuje w oczach psa jej obraz jako miłego, bezpiecznego schronienia.

    Z Bushką i w klatce były problemy. Zamknięta w niej w nocy, potrafiła zmoczyć kocyk, choć nie zdarzało się to często. Ale kiedy się zdarzało, Charlotte znajdowała kocyk zwinięty w mokrą kulę w najdalszym kącie klatki. Pomyślałem, że to podłoże, w które mocz wsiąka, może zachęcać Bushkę do załatwiania się w klatce, więc poradziłem Charlotte, aby usunęła je na jakiś czas, a wtedy okaże się, czy suczka jest w stanie wytrzymać nieco dłużej. Na wypadek, gdyby się okazało, że klatka jako miejsce odosobnienia nie spełnia swego zadania, poradziłem Charlotte jeszcze inny sposób – pomiędzy krótkimi wypadami na dwór wiązanie Bushki do nogi kuchennego stołu na bardzo krótkiej smyczy. Mogła też zastosować tak zwany trening pępowinowy, czyli przywiązywać smycz suczki do własnego paska, aby mieć ją przez cały dzień pod kontrolą. Niezależnie od tego, jaką metodę ograniczenia wolności się wybierze, cel jest zawsze taki sam – pies nie będzie się załatwiał tam, gdzie stale przebywa, ponieważ wrodzony instynkt każe mu zachowywać czystość. Charlotte doskonale rozumiała, że trening musi zostać przeprowadzony, ale miała jedno pytanie. I było to bardzo dobre pytanie.

    – A co mam zrobić, jak Bushka zacznie załatwiać się na moich oczach, a ja nie zdążę jej dopaść w porę? Mam ją skarcić czy zignorować? – dopytywała się.

    – Karcić jej nie należy – instruowałem ją. – Skarcona następnym razem zejdzie ci z oczu i zrobi to samo, będzie natomiast miała opory przed załatwianiem się w twojej obecności, czyli wtedy, kiedy wyprowadzisz ją na dwór. Lepszy jest wtedy niespodziewany hałas – uderzenie ręką w stół lub potrząsanie puszką wypełnioną bilonem. Tak gwałtowna ingerencja powoduje ściśnięcie zwieraczy i przerywa akcję. Powinnaś wtedy jak najszybciej wyprowadzić suczkę. Posprzątasz po niej później. Widząc, że Charlotte dokładnie zrozumiała wszystko, o czym do tej pory mówiliśmy, przystąpiłem do omawiania następnego, niesłychanie ważnego aspektu programu naprawczego, a mianowicie sprzątania po psie.

    – Dokładne sprzątanie tam, gdzie pies nabrudził – tłumaczyłem – jest niesłychanie istotne, bo zapachy mogą zachęcać Bushkę do wracania w to samo miejsce, aby tam załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne. Nie wystarczy zebrać nieczystości papierem i zmyć podłogę wodą z mydłem, trzeba ją jeszcze przetrzeć środkiem, który neutralizuje zapachy. Maskowanie zapachów amoniakiem lub octem nie zdaje egzaminu, nie zawracaj więc sobie głowy wypróbowywaniem tych substancji. Profesjonalne neutralizatory zapachów niszą ich źródło i dlatego są skuteczne. Istnieją dwa różne rodzaje neutralizatorów, jedne zawierają enzymy, drugie bakterie, ale oba są jednakowo skuteczne. Środki te są biologicznie czynne (biodegradatory), są więc wrażliwe na temperaturę i chemikalia, o czym musimy pamiętać, jeśli chcemy, aby posłużyły nam przez dłuższy czas. Nie należy wystawiać ich na działanie wysokich temperatur, na przykład stawiając butelkę na słońcu albo używać neutralizatora na powierzchni umytej dopiero co bielinką.

    Charlotte miała stosować ten program przez tydzień, a potem skontaktować się ze mną. Zadzwoniła. Okazało się, że w zachowaniu Bushki nastąpiła wyraźna poprawa. Przywykła do nowych procedur jak kaczka do wody i przestała brudzić w domu – przynajmniej w ciągu dnia od wprowadzenia nowego programu właściwie przestało się jej to zdarzać, a w nocy... W nocy to już była inna sprawa. Około piątej nad ranem zaczynała szczekać. Charlotte musiała wstać i jak najszybciej wyprowadzić ją, inaczej w klatce było nabrudzone. Usunięcie koca z klatki przyniosło jednak pewien efekt. Wcześniej Bushka nie prosiła, aby ją wypuścić, tylko załatwiała się i spała dalej. W ten sposób udawało się uniknąć incydentów przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale perspektywa wstawania do końca życia o piątej rano była dla Charlotte mało pociągająca. Zastanawiałem się, czy te poranne pobudki nie wynikają czasem ze zbyt małego pęcherza suczki, która nie jest w stanie wytrzymać dłużej bez załatwiania się, a Charlotte przyznała, że Bushka wytrzymywała cztery, najwyżej sześć godzin. Powiedziała też, że te poranne pobudki sprawiają jej wiele kłopotu, potem przez cały dzień chodzi jak otumaniona i nie jest w stanie nic robić. To ja musiałem coś zrobić! Tylko co?

    Wróciłem myślami do czasów, kiedy jedno z moich dzieci miało problem z przespaniem nocy bez pobudki na siusianie albo zmoczenia łóżeczka, i to w wieku, kiedy tego typu incydenty powinny należeć już do historii. Lekarze zastosowali wtedy leczenie właściwe dla przypadłości zwanej moczeniem nocnym i zalecili podawanie leku antydepresyjnego, który poza innymi działaniami wzmacniał napięcie zwieraczy szyjki pęcherza. Zbrojny w tę wiedzę, mając także pewne doświadczenie w stosowaniu tego leku u psów, poradziłem Charlotte podawanie go suczce. Rezultat był natychmiastowy. Już po pierwszej niewielkiej dawce obie i Bushka, i Charlotte przespały spokojnie całą noc. Bushka do dziś dostaje niewielkie dawki tego nieszkodliwego leku i zupełnie przestała brudzić w domu.

    Byłem bardzo zadowolony, że udało mi się rozwiązać ten problem, nie tylko dlatego że stanowił dla mnie swego rodzaju wyzwanie, ale przede wszystkim z powodu suczki. Czułem, że Charlotte była już o krok od oddania jej z powrotem do schroniska. Charlotte była czułą i ofiarną właścicielką, ale osiem miesięcy walki o czysty dom kompletnie zszarpało jej nerwy i kiedy stanęła w progu kliniki Tufta, była już na skraju wytrzymałości. Moja porada była dla niej ostatnią deską ratunku.

    Niezdolność Bushki do zachowania czystości w domu była przypadkiem klasycznym. Na początkowe błędy w nauce nałożyły się też doświadczenia ze schroniska, powodując, że problem był bardziej dotkliwy. Brudzenie w klatce było bez wątpienia wynikiem zaniedbań we wczesnym okresie życia suczki. Innym czynnikiem, który działał przeciwko niej, była genetyka. Wszystkie teriery mają pewne problemy z zachowaniem czystości w domu, zwłaszcza gdy jest tam więcej niż jeden pies. Jakoś tak jest, że większość moich klientów, którzy mają problemy z psami brudzącymi w domu, to właśnie właściciele terierów. W takich przypadkach moja diagnoza jest jednoznaczna – niewłaściwy trening. I na ogół mam rację. Jednak zdarza mi się czasami popełnić błąd. Pamiętam przypadek, który udało mi się rozwiązać, dopiero kiedy sam przed sobą przyznałem się do głupiej pomyłki, wynikającej z rutyny. Rzecz dotyczyła właścicieli dwóch yorkshire terierów, z których jeden od roku brudził w domu. Bez żadnych, zbędnych w moim mniemaniu, badań przystąpiłem do treningu, jaki zwykle zalecam przy tego rodzaju problemach. Po dwóch tygodniach nie było żadnej poprawy. Dopiero wtedy zrobiłem to, co powinienem był zrobić na samym początku – oddałem do laboratorium próbkę moczu psa na posiew i antybiogram. Badania potwierdziły łagodne zapalenie pęcherza, które ustąpiło po trzech tygodniach kuracji antybiotykowej. Cóż, choć ostateczny rezultat był dobry, klient nie był ze mnie zbyt zadowolony. A ja dostałem dobrą nauczkę, teraz każdego psa z podobnymi problemami kieruję przede wszystkim na badania laboratoryjne. Problemy z oddawaniem moczu w nieodpowiednich miejscach mogą pojawić się na tle rozmaitych schorzeń nerek i pęcherza, ale mogą też mieć podłoże endokrynologiczne albo mieć związek z rodzajem psiego Alzheimera. Czasami starzejące się psy cierpią z powodu tak zwanego syndromu zaburzeń funkcji poznawczych. Psy te tracą kontrolę nad oddawaniem moczu z powodu zmian w mózgu. Dobrą wiadomością dla właścicieli starzejących się psów jest to, że już wkrótce będzie dostępny na rynku nowy lek przeciw temu schorzeniu, który działa podobnie jak leki antydepresyjne wcześniejszej generacji, nie ma jednak interakcji z pewnymi produktami pokarmowymi, jakie występowały w przypadku leków typu MAOI. A to znaczy, że u psa poddanego kuracji nie wystąpią żadne sensacje, gdy na przykład porwie ze stołu kawałek sera. Psy, na których testowano lek, zachowywały się jak odmłodzone, a pewne doniesienia wskazują, że jest to lek przedłużający życie. Właścicielka dziesięcioletniego setera, któremu ten lek podawano, twierdzi, iż jej pies zaczął się zachowywać jak dwulatek. Weterynarz, który lek przepisał, uznał to za doskonałą wiadomość, właścicielka nie była tak uszczęśliwiona, bowiem w wieku dwóch lat jej pupil był tak nadaktywny, że trudno było z nim wytrzymać. Zmniejszono więc dawkę leku, a seter zaczął zachowywać się jak nieco stateczniejszy sześciolatek.

    Czasami przyczyny oddawania moczu w nieodpowiednich miejscach są jeszcze bardziej oczywiste. Cóż, każdy, kto miał pod swoim dachem niewysterylizowanego dorosłego samca, mógł się przekonać, że pies potrafi podnosić nogę przy każdym pionowo stojącym przedmiocie, zwłaszcza wtedy, gdy chce coś udowodnić. Skłonność do tego typu zachowań zwiększa się znacząco, kiedy u suk w sąsiedztwie zaczynają się cieczki albo w domu pojawi się nowy pies. Z punktu widzenia psa takie zachowanie jest absolutnie normalne, nie ma w nim nic nieodpowiedniego. Ma ono u samców podłoże hormonalne i jest powiązane z dominacją. Samiec stara się umieścić niewielkie ilości moczu w rozmaitych punktach strategicznych – to taka forma psiego graffiti. U większości psów kastracja natychmiast likwiduje problem z podnoszeniem nogi gdzie popadnie. U dziewięćdziesięciu procent psów zanika ono w kilka tygodni po operacji. Pozostałe dziesięć procent potrzebuje ponownego treningu, w którym nagradzane są wyłącznie zachowania submisywne.

    Ostatnia kategoria psów oddających mocz w nieodpowiednich miejscach to te psy, które robią to ze strachu. Rozciągając nieco tę kategorię, można powiedzieć, że mamy do czynienia z submisywnym oddawaniem moczu. Młode zwierzęta, zazwyczaj suczki i to zwykle pomiędzy szóstym miesiącem a drugim rokiem życia, mają zwyczaj oddawać pewne ilości moczu przy drzwiach, na powitanie albo przy spotkaniach z niektórymi ludźmi. Sięganie po obrożę albo nakładanie jej psu też często wyzwala takie zachowanie. Psy, które tak się zachowują, są dosyć płochliwe, a zbyt surowe traktowanie całkowicie rujnuje ich pewność siebie. Niektóre rasy, szczególnie cocker spaniele, mają większą niż inne skłonność do tego typu zachowań. W podejrzliwych oczach psa niemal każdy stanowi tak potężne zagrożenie, że na jego widok trzeba wykonać wszystkie gesty poddania, łącznie z przewracaniem się na plecy, pokazywaniem brzuszka i poddańczym oddawaniem moczu. Mężczyźni, z racji swej postury i tubalnego głosu, znacznie częściej wyzwalają takie zachowania, budząc po prostu większy lęk. Takie poddańcze siusianie jest w istocie wielkim komplementem, ale trudno go docenić, kiedy struga moczu plami nowy dywan albo cieknie wprost pod twoje buty. Toteż łatwo zrozumieć, dlaczego niektórzy ludzie krzyczą wtedy na psy, co tylko pogłębia problem. Pies bowiem uważa, że płaszczył się zbyt mało, nie dość dobrze okazał uległość, i stara się „poprawić”. Ta „poprawa” budzi jeszcze większą wściekłość właściciela i tak bez końca. Jedynym sposobem na rozwiązanie tego problemu jest wycofanie się i ignorowanie zachowania, co wcale nie jest łatwe.

    Mój ostatni przypadek submisywnego oddawania moczu dotyczył psa Willa, pracującego w naszej klinice z końmi. To była Misty, półroczna cocker spanielka. Poradziłem Willowi, aby wchodząc do domu całkowicie ignorował suczkę i szedł prosto do kuchni, siadał i dopiero witał się z suczką. Miał też pójść z nią na kurs posłuszeństwa, który pomoże małej w uzyskaniu większej pewności siebie. Temu samemu celowi miały służyć codzienne zabawy w przeciąganie liny, w których to pies miał być zwycięzcą. Witając się z suczką w domu, czy nakładając jej smycz i obrożę (punkt newralgiczny codziennych rytuałów) powinien najpierw przyklęknąć i zawołać Misty do siebie, a nie podchodzić i nachylać się nad nią z góry. Will zastosował się do moich wskazówek i problem znacząco się zmniejszył, chociaż suczka ciągle posikuje przy zakładaniu smyczy. Ten problem wydawał się szczególnie trudny do rozwiązania, mimo wysiłków Willa. Co jeszcze mogłem mu doradzić? I nagle mnie olśniło. On nie powinien patrzeć na Misty, kiedy nakłada jej smycz i obrożę. Miał nadal przyklękać i wołać suczkę do siebie, ale samą procedurę nakładania obroży powinien wykonywać, mając suczkę z tyłu, za plecami, trochę po omacku. Mieliśmy tylko nadzieję, że sąsiedzi nie będą podglądać przez okno i nie wezwą pomocy do sąsiada, który wije się w jakichś dziwacznych paroksyzmach. Gimnastyka się opłaciła. Zadziałało! Po kilku tygodniach Will mógł nawet zaprzestać ćwiczeń na podłodze i normalnie nakładać smycz. Misty porzuciła submisywne oddawanie moczu, kiedy nauczyła się, że nie jest potrzebne. Większość psów z tego wyrasta, nabierając z wiekiem większej pewności siebie, ale sześć do dwunastu miesięcy mokrych plam na podłodze może każdego doprowadzić do rozpaczy, więc trening modyfikujący jest niezbędny. Według mnie przyspiesza on znacząco naturalny tok wydarzeń. Inne przypadki nieodpowiedniego oddawania moczu o podłożu lękowym mogą być bardziej zdradzieckie. Do tej kategorii należy oddawanie moczu przy lęku przed samotnością. Sama diagnoza jest prosta, bowiem oddawanie moczu (i/albo kału) zdarza się wyłącznie wtedy, gdy właścicieli nie ma w domu. Psy dotknięte lękiem przed samotnością wykazują też inne niepokojące objawy, jak stałe podążanie za właścicielem, niepokój na widok jego przygotowań do opuszczenia domu, czasowa (psychogeniczna) anoreksja, zachowania destrukcyjne pod nieobecność właściciela, mocno przesadzone rytuały powitalne. W tym przypadku należy przeprowadzić terapię odpowiadającą syndromowi lęku przed samotnością, a problem nieodpowiedniego załatwiania potrzeb fizjologicznych minie bez śladu.

    Ostatnim typem niewłaściwego załatwiania potrzeb fizjologicznych są odchylenia wywołane stanami lękowymi na tle zmian w otoczeniu. Jeden z takich przypadków, który przychodzi mi na myśl, dotyczył czteroletniej suczki lhasa apso o imieniu Maxine. Właścicielka stwierdziła, że problemy zaczęły się w dniu, kiedy wróciła ze szpitala z nowo narodzonym dzieckiem. Maxine zaczęła załatwiać się na dywanie. Jej zachowanie o podłożu lękowym właściciele całkiem nieświadomie stymulowali krzykiem i karaniem suczki, pogłębiając jeszcze problem. Dodatkowo zachowanie utrwalało się, bo dla suczki był to sposób, aby skupić na sobie zainteresowanie. Poradziłem właścicielom, aby poświęcali suczce więcej uwagi w obecności dziecka, ignorując ją w innych sytuacjach. Mieli też z filozoficznym spokojem reagować na „wypadki”, a przy sprzątaniu używać neutralizatorów zapachu. Dodatkowo Maxine dostawała lek obniżający napięcie, który miał jej pomóc w poradzeniu sobie z nowymi wyzwaniami. Reszta była kwestią czasu. Po miesiącu Maxine znacznie się uspokoiła, stała się „taka słodka”, jak mówili właściciele i tylko raz zdarzył się jej mały „wypadek”. Niedługo potem leki zostały odstawione, a nieodpowiednie zachowania nie powróciły. Ten przypadek mogłem zaliczyć do zakończonych sukcesem.

    Od początków mojej kariery nauczyłem się przywiązywać większą wagę do właściwej diagnozy w terapii niewłaściwego załatwiania potrzeb fizjologicznych. Praktyka przekonała mnie, że badania laboratoryjne są równie ważne, jak dokładne poznanie historii i podłoża każdego przypadku. Znalezienie odpowiedniego programu działania po postawieniu diagnozy jest już sprawą prostą. Jak dotąd terapia znakomitej większości moich pacjentów zakończyła się pełnym sukcesem, nawet przypadek ośmioletniej suczki bichon frise, która załatwiała się w domu przez całe swoje życie. Suczka załatwiała się w klatce, natomiast nigdy nie zrobiła tego w sypialni właścicieli, więc tego pokoju użyliśmy jako miejsca odosobnienia podczas ponownego treningu. Dał tak szybkie rezultaty, że nie mogliśmy wyjść ze zdumienia. Skoro udało mi się z tym psem – pomyślałem wtedy – to uda mi się z każdym innym.

    Nicholas Dodman




    Lęk ma ostre zęby
    Fragment książki autor - Nicolas Dodman, "Pies, który kochał zbyt mocno"

    Są trzy podstawowe rodzaje bodźców wywołujących stany lękowe u psów – istoty żywe (ludzie, inne psy, rozmaite zwierzęta), sygnały nieożywione (dźwięki, obrazy, zapachy) oraz bodźce sytuacyjne, płynące z otoczenia. Nazywam je często trójkątem bermudzkim stanów lękowych, z którego nie sposób wyrwać się całkowicie. Poziom lęku wywoływanego przez dany bodziec może wahać się od lekkiego przestrachu po pełną reakcję lękową, uruchamiającą mechanizm „walcz albo uciekaj”. A ten może zmienić spokojnego i łagodnego zazwyczaj psa w niebezpiecznego maniaka. Psy w ekstremalnych stanach lękowych mogą atakować i poważnie ranić ludzi, wyskakiwać z okna na dziesiątym piętrze czy siać spustoszenie w domu w poszukiwaniu dróg ucieczki. Stany lękowe bywają co prawda dziedziczne, a więc geny mają tu wiele do powiedzenia (...), jednak w znakomitej większości przypadków przyczyn należy upatrywać raczej w złych doświadczeniach życiowych oraz rozmaitych zdarzeń o fatalnych w następstwach. Bardzo często psy lękliwe boją się wielu różnych rzeczy. I tak pies, który odczuwa lęk przed ludźmi, może jednocześnie bać się szelestu liści albo łopoczącego brezentu. (...) Umiarkowane lęki często lekceważymy, uznając je za dziwactwa. Kiedy lękliwy pies ucieka z pokoju albo chowa się za kanapą na widok wchodzących gości, właściciel tylko podśmiewa się z niego, dziwiąc się, że ulubieniec obawia się zupełnie nieszkodliwych obcych. (...) Przypadłości o podłożu lękowym dostrzegane są często dopiero wtedy, kiedy osiągną stadium krytyczne, męczące tak dla psa, jak i właściciela. Na przykład pies, który boi się burzy, zaczyna się miotać, ziaje i przypada, niemal przykleja się do właściciela, a ten, który boi się ludzi, zamiast chować się, zaczyna na nich warczeć. Dopiero wtedy właściciele zaczynają szukać pomocy u specjalistów.

    Zastanówmy się, jakie czynniki otoczenia mają tak wielki wpływ na psychikę psa, że wywołują stany lękowe. Prawdopodobnie są to te same czynniki, które poprzez negatywne doświadczenia, najczęściej we wczesnej młodości, wywołują podobne stany u ludzi. Dzieci, które dorastały w trudnych, często traumatycznych warunkach i nie doświadczyły szczęścia i ciepła normalnego życia rodzinnego, wyrastają na ogół na dysfunkcyjnych dorosłych. (...) Dokładnie tak samo jest z psami, które odczuwają lęk przed ludźmi (i są dręczone przez inne lęki). Niemal wszystkie lękliwe psy mają za sobą doświadczenia, które w odniesieniu do ludzi nazywamy traumatycznymi. Wiele z nich dorastało w bardzo złych warunkach, nie mając pozytywnych kontaktów z człowiekiem. Czasami można bardzo precyzyjnie określić, jakie negatywne doświadczenia z przeszłości miały kluczowe znaczenie, określić intensywność tamtych doznań, a także prześledzić nasilanie się objawów. W niektórych przypadkach jednak przyczyny nie są tak oczywiste i pierwszym zadaniem terapeuty jest przeprowadzenie dokładnego wywiadu, aby ze strzępów wiadomości poskładać sobie mniej lub bardziej dokładny obraz tego, co wydarzyło się w przeszłości. Jedno jest pewne – kochająca i troskliwa rodzina oraz roztoczenie właściwej opieki nad psem, zwłaszcza w pierwszych miesiącach życia, to niezbędny warunek prawidłowego rozwoju psychicznego zwierzęcia. (...)

    Wiele psów dotkniętych przypadłością lęku przed ludźmi odnosi całkiem spore sukcesy w zastraszaniu i szybko uczy się kontrolować sytuację. Szczególnie dobrze, co oczywiste, udaje się to psom dużym. Jeśli pies lękliwy ma skłonność do dominacji, wtedy pojawiają się dodatkowe czynniki stymulujące reakcje agresywne, co dla potencjalnych ofiar może być bardzo niebezpieczne... Zawsze byłem zdania, że te, nader słusznie nazywane „ostre tchórze”, stanowią największe zagrożenie wtedy, gdy nie znajdują żadnej drogi ucieczki. Kiedy wybór jest pomiędzy walką i ucieczką, a uciekać nie ma gdzie, nie mają żadnego wyboru. (...) Psy dotknięte tym syndromem przejawiają wielką chęć do gryzienia także wtedy, gdy idą na krótkiej smyczy albo są uwiązane na podwórzu, czyli mają ograniczoną możliwość ucieczki. Dla własnego bezpieczeństwa trzeba wiedzieć też i o tym, że psy te uważają „tyły” wroga za mniej groźne niż jego front – innymi słowy najchętniej atakują, kiedy ofiara odchodząc odwróci się do nich plecami. Wiele z nich chwyta za kostkę lub łydkę. Stwarzają znacznie mniejsze zagrożenie, kiedy są puszczone luzem na otwartym terenie. Mogą krążyć wokół wroga, szczekając i strasząc go, jednak dystans, jaki zachowują, jest sprawą ich osobistego wyboru. No i mają możliwość ucieczki. W rezultacie są mniej agresywne i stanowią mniejsze zagrożenie. Cechą charakterystyczną lęku przed ludźmi jest fakt, że wywołują go jedynie obcy. Ci obcy to na ogół mężczyźni lub dzieci. Wygląda na to, że te dwie grupy najczęściej stwarzają sytuacje nieprzyjemne z punktu widzenia zwierzęcia. No cóż, mężczyźni zdają się bardziej agresywni niż kobiety. A nikomu nie trzeba mówić, do czego zdolne są dzieci. Pod tym względem chłopcy bywają gorsi niż dziewczynki, toteż częściej są celem ataków. Metodą retrospekcji można czasami powiedzieć z dużą dozą prawdopodobieństwa, jak wyglądał napastnik, który zapoczątkował syndrom lękowy. (...) Najczęściej, jak wynika ze statystyk, budzą lęk wysocy mężczyźni w kapeluszu lub z brodą, niemal tak samo często lęk dotyczy dużych butów lub donośnego głębokiego głosu. Czasami wszakże bodźce są natury znacznie subtelniejszej, jak zapach dymu tytoniowego czy określony typ perfum. Miałem i takiego pacjenta, który reagował nerwowo na ludzi po kieliszku, bez względu na to, czy byli pijani, czy nie. (...)

    U niektórych psów lęk przed ludźmi jest tak uogólniony, że widok niemal każdej obcej osoby wywołuje agresję. To powoduje, że zastosowanie programu odczulającego jest niemożliwe, bowiem ustalenie pierwotnego bodźca jest niesłychanie trudne. Rozwój sytuacji przy spotkaniu w dużej mierze zależy od zachowania ludzi – i obcego, i właściciela psa. Najgorszą z możliwych kombinacji jest nerwowy, nadmiernie pobudliwy właściciel oraz ofensywny obcy, który na siłę próbuje zaprzyjaźnić się z psem. Członkowie i przyjaciele rodziny zwykle nie mają żadnych problemów z tego typu psami, bo potrafią one być bardzo kochającymi, oddanymi zwierzętami domowymi. Problem jest tylko z obcymi, w odróżnieniu od agresji o podłożu terytorialnym, niezależnie od miejsca spotkania.

    Jeden z moich pacjentów, Charlie, czarny podpalany mieszaniec, wyglądający na krzyżówkę labradora i owczarka niemieckiego z dodatkiem pit bulla był przypadkiem ekstremalnego lęku przed ludźmi. Atakował każdego obcego, gryząc z furią. Był to jeden z najpoważniejszych przypadków lęku przed ludźmi, z jakimi do tej pory miałem do czynienia. Przypadek wydawał się niemal beznadziejny, poczułem się więc w obowiązku przedyskutować z właścicielami wszelkie konsekwencje posiadania tak agresywnego psa. Oni jednak uparli się, aby za wszelką cenę ratować ulubieńca. (...) Charlie był wprawdzie bardzo niebezpieczny, ale było mi go żal, wiedziałem bowiem, jak paskudne doświadczenia miały wpływ na jego stan. Jego właściciele, Jessie i John McDonald, weszli do mojego gabinetu bocznymi drzwiami, aby uniknąć spotkania z innymi ludźmi siedzącymi w poczekalni.

    Na pierwszy rzut oka było widać, że Jessie jest nadzwyczaj przywiązana do psa, John był z nimi jedynie dla moralnego wsparcia. W gabinecie byliśmy w trójkę. No i oczywiście Charlie. Miałem nieprzyjemną świadomość, że od pierwszych chwil naszej rozmowy Charlie, warcząc i marszcząc lekko wargi, ma oczy utkwione w moich stopach. Ustawiłem je głęboko pod biurkiem, za którym siedziałem. (...) Charlie miał jakieś dziewiętnaście miesięcy. Trafił do nich ze schroniska, kiedy miał cztery czy pięć miesięcy, a w dziewiątym miesiącu życia został wysterylizowany. Sterylizacja wszakże nie ma większego wpływu na przypadłości o podłożu lękowym. (...) Nawet właściciele Charliego przyznawali, że mieli poważne problemy z jego zachowaniem i nie bardzo sobie z nim radzili. W domu był upartym dominantem, choć dla McDonaldów nie stanowił śmiertelnego zagrożenia. Gdybyż chodziło tylko o dominację, nie byłby dla mnie taki groźny podczas wizyty w moim gabinecie. W dalszej części wywiadu dowiedziałem się, jak Charlie podskakuje i szczeka na gości, czasami tylko kłapiąc zębami, czasami nawet gryząc. McDonaldowie stali się pustelnikami. Oczywiście nie z wyboru. Ich znajomi i przyjaciele zwyczajnie przestali ich odwiedzać. W gabinetach kolejnych weterynarzy „Charlie nie zachowywał się zbyt grzecznie”. No, to akurat widziałem teraz na własne oczy. Moje napięcie rosło w miarę jak dowiadywałem się coraz to nowych szczegółów o zachowaniu psa. Patrzyłem, jak Charlie miota się po pokoju, oddychając ciężko, warcząc i rzucając wrogie spojrzenia na moje stopy. Powoli zaczął mi się krystalizować w głowie pewien pomysł – być może w młodości ktoś kopnął go boleśnie i stąd stopy jawią mu się jako przerażający wrogowie?

    McDonaldowie przyszli do mnie po poradę, musiałem więc jej udzielić. Zacząłem od zwyczajowego doradzenia zmiany diety na niskobiałkową i zwiększenia porcji ruchu. Doradziłem też żywienie naturalne, podkreślając negatywny wpływ konserwantów na zachowanie. Wtedy dowiedziałem się, że u Charliego stwierdzono ostrą reakcję alergiczną na jeden z konserwantów, którego mieli się wystrzegać. Co do dawki ruchu, to tłumaczyłem im, że im więcej ruchu będzie miał pies, tym dla wszystkich lepiej. Tyle że trudno było zapomnieć o pewnych obiektywnych ograniczeniach, na jakie napotykały próby zapewnienia ruchu takiemu psu jak Charlie. Ja nie chciałbym się na niego natknąć podczas przechadzki po parku. Konieczny był w każdym razie kurs posłuszeństwa, na którym McDonaldowie nauczyliby się kontrolowania psa. Zaleciłem im posługiwanie się komendami złożonymi z pojedynczych słów oraz smakołykami jako nagrodą przy wzmocnieniu pozytywnym. (...) Duża porcja ruchu, niskobiałkowa dieta oraz trening posłuszeństwa były niezbędne, jednak trzeba było znacznie więcej, aby zmienić Charliego w psa, który nie będzie stwarzał zagrożenia dla otoczenia.

    Wyjaśniłem im, że następnym krokiem będzie program odczulania w kontaktach z niektórymi przyjaciółmi domu. Należało rozpocząć go, choćby dla bezpieczeństwa wszystkich, na spory dystans. Charlie miał przyjąć pozycję siad, a za spokojne zachowanie miał dostawać nagrody w postaci smakołyków. Smakołyki (ewentualnie inne miłe rzeczy) miały pomóc Charliemu skojarzyć sytuację uznawaną wcześniej za groźną z miłymi doznaniami. W kolejnych próbach człowiek miał zbliżać się do Charliego, ale tylko na tyle blisko, by nie prowokować go do nieprzyjaznych reakcji. Spokojne zachowanie należy nagradzać smakołykami. Naszym celem było to, by człowiek mógł podejść i stanąć koło psa, który będzie nadal zainteresowany nie nim, a smakołykami. Następnie Charlie miał w podobny sposób spotykać się z „groźniejszymi” osobami, czyli należało podnieść intensywność bodźca. Następnie poleciłem McDonaldom moją tajemną broń – kantarek. Nie było żadnej gwarancji, że zdziała cuda, ale warto było spróbować. W końcu to właśnie kantarek doskonale sprawdzał się przy treningu psów dotkniętych przypadłościami lękowymi, więc czemu nie miałby pomóc Charliemu.

    Mniej niebezpiecznemu psu nałożyłbym kantarek własnoręcznie, jednak tym razem wolałem, aby to właściciele nakładali go sami, stosując się do wskazówek, jakich im udzieliłem. Nie ukrywam, że poczułbym się znacznie pewniej, gdyby kantarek został już założony, co pozwoliłoby znacznie pełniej kontrolować Charliego. Jessie uklękła i przytrzymała głowę psa. Kiedy czule do niego przemawiała, John założył mu pasek na szyję, dopasowując go do jej obwodu, następnie założył drugi pasek na kufę, by pies mógł otwierać i zamykać pysk, a także ziać. Wolny koniec zwisał luźno, wyciągnąłem więc rękę, aby chwycić zań i zademonstrować, jak działa kantarek. Na zamiarach się skończyło, bo nie zdołałem nawet zbliżyć ręki do paska, kiedy Charlie wystartował z szybkością błyskawicy, zatapiając zęby w grzbiecie mojej dłoni. Atak trwał nie dłużej niż ułamek sekundy. Poczułem tępy, nieprzyjemny ból. Pozytywną stroną całego incydentu było to, że właściciele psa stali się bardziej czujni. (...)

    Wzięliśmy go na smycz i wyszliśmy bocznymi drzwiami na ulicę. Było przyjemne majowe popołudnie. Niemal natychmiast po wyjściu z gabinetu Charlie postanowił pozbyć się kantarka. Zdrapywał go łapami z pyska, tarł głową o ziemię, miotał się jak ryba na haczyku.

    – Kantarek często na początku budzi pewne opory – wyjaśniłem. – Wystarczy jednak, że przejdziemy się kawałek, a protesty miną. Chodź Charlie, idziemy – rzuciłem pewnym siebie tonem, i pomaszerowałem chodnikiem, w nadziei, że pies posłusznie pójdzie za mną.

    Zatrzymałem się na chwilę i spróbowałem zmusić psa do zajęcia pozycji siad, pociągając odpowiednie paski, ale zwyczajnie odmówił. Natychmiast zaczął parskać i sapać, a jego mięśnie stężały. Widziałem, jak jego policzki nadymają się miarowo, jak gardło jakiejś potwornej żaby, na koniec zaczął się ślinić. Przez chwilę usiłowałem go zmusić, by usiadł, ale jego stan tylko się pogorszył.

    – Może jednak pan go poprowadzi? – zaproponowałem Johnowi. – Pewnie złości go, że prowadzi go ktoś obcy.

    Teraz John prowadził Charliego, ale niewiele to zmieniło w zachowaniu psa. Nadal się szarpał. Na koniec wszyscy daliśmy za wygraną – wszyscy z wyjątkiem Charliego. Zgromadziliśmy się wokół psa, dyskutując zawzięcie, w którą stronę powinniśmy pójść. John chciał przekazać mi smycz, ale czy to on podawał ją nieudolnie, czy ja się zagapiłem, nie wiem, ale smycz upadła na ziemię. Dalsze wydarzenia rozegrały się niewiarygodnie szybko, choć wydawało się, że czas stanął w miejscu. Zdawałem sobie sprawę z tego, że nie możemy zostawić psa bez kontroli, bo tuż obok znajdowała się ruchliwa autostrada. Ktoś musiał podnieść leżący na ziemi koniec smyczy. Ja miałem najbliżej, ale czy mogłem to zrobić bezpiecznie. Z drugiej strony muszę to zrobić szybko. Myśli kłębiły mi się w głowie, kiedy schylałem się po smycz. Charlie, równie szybki jak przed chwilą w moim gabinecie, wystartował do mojej ręki, ale chybił dosłownie o włos. Niemal czułem na skórze dotyk jego potężnych szczęk.

    – Charlie, dlaczego to zrobiłeś? – zapytał John z wyrzutem, schylając się po smycz leżącą nadal na ziemi.

    Już trzymał jej koniec w dłoni, kiedy Charlie wystartował ponownie. Tym razem nie chybił, a na dłoni Johna pojawiała się rana długa na parę centymetrów. Zrobiło mi się żal Johna. Charlie nadal był mniej więcej wolny. Teraz Jessie spróbowała podnieść smycz, i jej na szczęście się udało. Odetchnąłem z ulgą, bo Charlie właśnie ruszał na mnie z odpychającym wyrazem pyska. Jessie, trzymając smycz dosyć luźno, przemawiała do psa tak, jak przemawia się do krnąbrnego trzylatka, który właśnie pomazał ołówkiem ścianę. Zamarłem w bezruchu i sucho nakazałem jej przytrzymać psa mocno na skróconej smyczy, co też zrobiła. Teraz mogłem zająć się ręką Johna. Wymagała nałożenia opatrunku, poleciłem więc Jessie zamknąć psa w samochodzie i udałem się z Johnem do mojego gabinetu. Obiecałem, że szybko wrócimy. Oczyściłem ranę i nałożyłem opatrunek, radząc mu, aby podjechał do szpitalnego ambulatorium, gdzie zostanie mu udzielona fachowa pomoc, zeszyją ranę, podadzą antybiotyk i zastrzyk przeciwtężcowy, ale odmówił. Kiedy dochodził do siebie w moim gabinecie, odbyliśmy szybką konferencję na temat psa. John wyjaśnił mi, że jego uczucia do psa nie są tak ciepłe jak żony, wręcz przeciwnie, żywi całkiem poważne obawy co do ich bezpieczeństwa w jego towarzystwie. Rozmowę przerwało pojawienie się Jessie w bocznych drzwiach. Według niej wydarzenia tego popołudnia niesłychanie przygnębiły Charliego, ale teraz już czuje się lepiej, siedząc w znanym sobie samochodzie. Zostawiliśmy go tam tego popołudnia. Siedzieliśmy w moim gabinecie, rozmawiając, Jessie ponowiła propozycję popracowania nad zachowaniem Charliego. – Ale doktorze, czy nie ma jakichś leków, które by mu pomogły? – dopytywała się.

    – Tak, są pewne leki. Możemy wypróbować lek znoszący lęki, który mógłby zablokować jego instynkt walki lub ucieczki. Nie sądzę, aby leki mogły całkowicie uzdrowić Charliego, ale pomogą mu uspokoić się nieco, a w jego przypadku trzydziesto-, pięćdziesięcioprocentowa poprawa to już coś.

    – Może je pan przepisać? – zapytała z nadzieją.

    – Oczywiście, że tak, ale musi pani zrozumieć jedną rzecz – Charlie nigdy nie będzie zupełnie normalnym psem. Leczony czy nie, zawsze będzie stanowił zagrożenie dla obcych. Miejmy nadzieję, że spora dawka ruchu, trening posłuszeństwa, niskobiałkowa dieta i odpowiednie leki razem dadzą tę pięćdziesięcioprocentową poprawę.

    – Każda poprawa będzie sukcesem – zapewniła mnie – ale zdaję sobie sprawę z tego, jak musimy być ostrożni.

    Na tym się rozstaliśmy. (...) Ku mojemu najwyższemu zdumieniu Charlie zareagował lepiej niż się spodziewałem. Jakieś cztery miesiące później prowadziłem kolejną konsultację telefoniczną – oni byli równie zdumieni jak ja – poprawa wynosiła około osiemdziesięciu procent. Jesteśmy w kontakcie do dziś, zgłaszają się regularnie po recepty na leki dla psa. W wypadku dolegliwości o podłożu lękowym trzeba koniecznie wiedzieć, że nigdy nie mijają bez śladu. Można najwyżej złagodzić ich objawy. Najlepsze, co możemy zrobić, to obniżyć poziom lęku oraz prowadzić odczulanie, które właściwie nigdy się nie kończy. (...) Objawy wracają, jeśli tylko przerwać leczenie.

    Skoro u Charliego wystąpiła tak znacząca poprawa, to można by sądzić, że każdego psa uda się wyprowadzić na prostą. U wielu psów, które leczyłem, rzeczywiście następowała tak znaczącą poprawa, że właściciele uznawali je za całkowicie wyleczone. Znaczyło to jednak tylko tyle, że teraz psy zachowywały się o tyle lepiej, że drobne uchybienia w ich zachowaniu wydawały się właścicielom nieistotne. Wystarczyło jednak zadać parę szczegółowych pytań, aby przekonać się, że problem do końca nie zniknął.

    Przykro patrzeć, jakie spustoszenie w psychice psa sieje niewłaściwe traktowanie w okresie wczesnoszczenięcym. Wszystkie zaniedbania, niemiłe przygody i traumatyczne doświadczenia odciskają trwały ślad w umyśle zwierzęcia. Ślad, który nigdy nie ulega zatarciu. Nasilenie i forma reakcji lękowych zależy do pewnego stopnia od samego psa i jego zdolności do radzenia sobie z lękiem, a w dużym stopniu od reakcji właściciela na zachowania psa. Człowiek mimowolnie może stymulować reakcje lękowe, nagradzając je, kiedy podejmuje działania mające na celu uspokojenie zwierzęcia. Wielu ludzi reaguje nerwowo, potęgując niejako zdenerwowanie psa. Zdenerwowanie człowieka to dla niego sygnał, że należy spodziewać się rzeczy niemiłych, w tym przypadku więc zdenerwowanie właściciela udziela się natychmiast jego psu. Niesłychanie ważną częścią programu naprawczego – niezależnie od tego, czy pies jest agresywny, czy nie – jest nauczenie właścicieli spokojnych reakcji i dawania psu jasnych instrukcji, zamiast przekazywania mu swoich lęków.

    Rozumie się samo przez się, że najlepszym sposobem radzenia sobie z agresją o podłożu lękowym jest zapobieganie jej powstawaniu. Wystarczy tak niewiele, aby rozwiązać problem na całe życie. Trzeba tylko uczyć szczenię w pierwszych tygodniach życia prawidłowych reakcji i zapewnić mu odpowiednie warunki rozwoju, i to jeszcze zanim otworzy oczy. W pierwszych dniach życia szczenię być może nie widzi i nie słyszy człowieka, ale węchem i dotykiem już rozpoznaje jego obecność. Pozytywne doświadczenia z tego okresu procentują w przyszłości. Każdy, kto nie czuje się na siłach i nie ma czasu zająć się szczenięciem, powinien dobrze przemyśleć decyzję o wzięciu go pod opiekę. Właściwe zajęcie się szczenięciem to poważne wyzwanie. Można oczywiście wziąć już wychowanego psa ze schroniska, chociaż i tu warto najpierw zapytać o radę kogoś bardziej doświadczonego, aby nie trafić na takiego Charliego i zawczasu zapewnić sobie minimum bezpieczeństwa.

    Nicolas Dodman


    UWAGA! W przypadku jakiegokolwiek sprzeciwu osób posiadających prawa autorskie do materiałów wykorzystanych na tej stronie zostaną one natychmiast zlikwidowane.

    PSY | Wózki inwalidzkie dla psów



    Góra      Owczarek